40 minutowy horror. 1408.
Nie trawię horrorów żadnego typu, bo poza nielicznymi wyjątkami zamiast wzbudzać grozę, wzbudzają we mnie śmiech. Ale zazwyczaj tylko mnie to bawi i psuję zabawę innym, więc nie oglądam w ogóle. Ten zaś wydał się całkiem ciekawy, rzadko widzimy bowiem Murzyna w horrorze – a tutaj mamy doskonałego Samuela L. Jacksona, mojego ulubionego “mudźinka”. Co prawda, nie jest głównym bohaterem, pojawia się tylko w kilku scenach, więc firmowanie tytułu jego nazwiskiem jest trochę na wyrost, ale zachętą jakąś jest. Sam film fabułę ma banalną – w jakimś hotelu jest pokój, w którym giną ludzie, ani to odkrywcze, ani ograne do bólu. Ot, pomysł jest, nakręcić film można. Początek jest przewidywalny i nie ma z nim szału, akcja rozkręca się z chwilą wejścia naszego bohatera do pokoju. Atmosfera momentalnie się zagęszcza, nawet ja wczułem się w klimat, a jak wspomniałem nie bawią mnie te rzeczy. Klimat zawdzięczamy głównie temu, że właściwie nie dzieje się nic, ot, włączy się budzik czy samoistnie odkręci woda – ale z muzyką, zachowaniem głównego bohatera – całość daje rady. Niestety, po całkiem eleganckim wstępie, zaczyna się klasyczny, nudny i sztampowy horror. Jakaś krew. Jakieś zwłoki. Standard, jednym słowem. Jest kilka wartych zapamiętania scen, np. sytuacja, w której bohater macha przez okno – świetna sprawa; jednak całokształt wypada dość blado. Ot, film, który można w nudny wieczór zobaczyć z dziewczyną [o ile nie należy do strasznie bojaźliwych; jeśli przejdzie przez pierwsze 40 minut, dalej pójdzie jak po lodzie], ale nie wrócimy do niego, nie będziemy cytować, ani przypominac sobie scen, kiedy spotkamy się ze znajomymi i gdy temat zejdzie na filmy.

Dodaj komentarz